Siedzimy w Nepalu. Zarzynamy pachwiny i kostki w Himalajach, chodzac po trasach stanowczo za trudnych dla nas. Oczywiscie jest pieknie, oczywiscie zdjec nie ma , bo malo tu komputerow. Milego;]
March 24, 2010
March 12, 2010
Nie taki Mumbai straszny.
Po Goa przyszedl czas na Mumbai. No i nie bylo tak zle jak sie spodziewalam. podobala nam sie architektura miasta- choc to w zasadzie glownie zasluga Anglikow. Najlepiej jednak wspominamy walki szczurow i wronami na stacji kolejowej. Niezle widowisko!
Teraz jestesmy w Agrze. Podobno jest tu Taj Mahal, ale wszedzie ciemno, nic nie widac.
Poki co nie za bardzo podoba nam sie to miejsce. Na wszystkim chca nas przyciac, za wszystko chca ekstra oplaty…Bezpowrotnie pozegnalismy nasze uwielbiane Poludnie.
Gdyby nie to, ze mamy po drodze do Nepalu, Jarek wskoczylby w pierwszy lepszy autobus lub samolot. Napisalabym cos jeszcze , ale Hindus za ramienim mowi: IF YOU WHANT MORE I WILL CHARGE YOU EXTRA.
March 9, 2010
Wessani przez Oazę lenistwa- dzień trzeci.
Pożegnaliśmy Bangalore. Było trochę przykro, no bo czemu miałoby nie być, skoro żyło nam się tutaj conajmniej pysznie i bezproblemowo. Żale i smutki wyleczył pierwszy przystanek w naszej podróży. Po dosyć niespokojnej jeździe, dla Jarka również nieprzyjemnej, głównie dzięki Hindusowi chrapiącemu za jego uchem (Potem doszedł akcent drażnienia zmysłów za pomocą ściągnietych butów.), dotarliśmy do Goa. Najmniejszy stan Indii, opisywany jako raj na Ziemi, rości sobie prawo do posiadania jednych z najpiękniejszych plaż na świecie. Nie powiem, nie mamy powodów do narzekań. Wybraliśmy malutką wioskę na samym południu stanu, z dala od turystycznego centrum dyskotek i dragów. Palolem – to miejsce stworzone do lenistwa. Czysta plaża ( niespotykana rzecz w Indiach), błękitne morze, palmy nachylające się nad domkami i chatki palmowe, w których zamieszkaliśmy.
Myśleliśmy, że jak zwykle wynajmiemy motory, żeby odwiedzić okoliczne miejscowości… no więc od kiedy tutaj przyjechaliśmy nie wyszliśmy poza plażę, no może na okoliczną wyspę pooglądać kraby i małpy. I tak wessani przez oazę lenistwa spędzamy dzień trzeci.
March 4, 2010
Hampi
Jak wspominałam Hampi to przede wszystkim świątynie i bardzo dobrze zachowane ruiny, świadectwa dawnego imperium. Żeby udowodnić, że nie tacy z nas ignoranci i że nawet byliśmy w kilku, zamieszczam zdjęcia. Nawet wspieliśmy się na szczyt góry żeby jedną zobaczyć. I nie, nie chodziło o ładne widoki, i nie, nie przyszło nam to łatwo. Dobrze zaplanowalismy całą wspinaczkę: najwieksze słońce, w samo południe, brak wody, jakichkolwiek nakryć głowy. Rezultat: piękna opalenizna “a la świecąca czerwona żarówa” i stan przed zawałowy już na miejscu… Otóż w pustej i ciemnej świątyni, pomiędzy pomiszczeniami umieszczono przerażającą, (dziwnym trafem bardzo dobrze oświetloną) laleczkę- posążek jednego z bogów. Coś jak Indian Witch Project albo jeszcze słabiej. Hindusi to jednak mają poczucie humoru…
March 2, 2010
Fabryka trzciny.
Przypadkowo natknęliśmy się na tę osadę jeżdżąc po polnych drogach w okolicach Hampi. Jedna z Pań zatrzymała nas i zapytała czy lubimy trzcinę cukrową. A ponieważ lubimy, poczęstowała nas karmelem i pokazała swoje włości. Więc jeśli ktoś jest ciekawy skąd pochodzi cukier, za który płaci grube złocisze w pobliskim sklepie ze zdrową żywnością, przyjżyjcie się bliżej ludziom, ktorzy go produkują. Miejsce zostało zorganizowane tak, iż fabryka jest niemal samowystarczalna. Trzcinę uprawiają na polu obok swojego domu. Przy uprawie wykorzystują bawoły, które w zamian dostają swoją zieloną dolę.
Z dojrzałych łodyg sok wciskany jest do zbiornika, skąd przelewany zostaje do ogromnych kotłów. Tam gotowany jest aż do wyparowania wody. Otrzymany karmel suszy się na plastikowych matach i tak powstają bryły cukru. Do ogrzewania kotłów wykorzystywane są trociny pozostałe po wyciśnięciu soku. Tym właśnie sposobem nic sie nie marnuje.
Podczas gdy na zewnątz temp. wynosi około 40 C (dosyć chłodno, bo dopiero ustępuje zima), w środku panuje dławiący gorąc.
Wnętrze wygląda bez wątpienia bajkowo. Ogromne czarodziejskie kotły na eliksiry młodości. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Pracują wszyscy, łącznie z dziećmi. Jedynie karmelowy potworek ze zdjęcia ma na razie wolne, jako że nie skończył jeszcze pięciu lat. Pomimo, iż do produkcji zaangażowana jest cała, wielodzietna rodzina, ludzie Ci żyją na skraju ubustwa. Są oczywiście bardzo otwarci i serdecznie, co nie zmienia faktu, że chciali nam oddać jednego chłopca “na służbę do miasta”.





































